Batyżowiecki Staw z Wyżnie Hagi, szlak żółty, Tatry Wysokie, Słowacja

Szalone, spontaniczne wyjazdy są dla nas ostatnio normą 😉 Spragnieni tatrzańskich widoków zaplanowaliśmy dość daleką podróż – jak na jednodniowy wypad. Naszym celem było urocze miasteczko leżące na Słowacji u podnóża Tatr Wysokich – Wyżnie Hagi (Vyšné Hágy). Oddalone od naszego rodzinnego miasta około 180 km. Droga była nam doskonale znana, ponieważ trzy tygodnie wcześniej mieliśmy okazję zobaczyć co kryje się po drugiej strony góry Gerlach, jest to równie wspaniały Wielicki Staw ze Śląskim Domem. Wyjazd wiązał się oczywiście z wczesnym wstaniem. Punkt 2:30 byliśmy na nogach, szybko dopakowaliśmy co trzeba i ruszyliśmy w podróż. Dzień zaczną się spektakularnym wschodem słońca, widoczność była wspaniała, a poranne mgły wyjątkowo łaskawe. Od razu wiedziałam, że to będzie udany dzień, ale nie miałam pojęcia, że trafimy do tak magicznego miejsca, które zaoferuje nam prawdziwy tatrzański klimat. Cisza i spokój panująca na szlaku oraz nad samym stawem jest nie do opisania… Październik – ostatnie podrygi ciepłej, złotej jesieni, końcówka tygodnia, turystów dosłownie garstka. Tyle drogą wstępu, zapraszam w dalszą podróż…

Trasa: Wyżnie Hagi (szlak żółty) – Rozstaj szlaków przy Batyżowieckim Stawie – Batyżowiecki Staw – powrót tą samą drogą

Dystans:  11:57 km

Czas trwania: 5:52 (sam przemarsz, z dzieckiem)

Minimalne wzniesienie: 1121 m

Maksymalne wzniesienie: 1947 m

Parametry z aplikacji endomondo

Parking Wyżnie Hagi

Dojeżdżamy do interesującego nas miasteczka. Szukamy miejsca, w którym moglibyśmy zaparkować nasz samochód. Przejeżdżamy przez ogromną bramę Sanatorium Leczenie Gruźlic i tutaj troszkę błądzimy. Przejeżdżamy przez tory kolejowe i zaczynamy piąć się w górę w poszukiwaniu początku żółtego szlaku. Bezskutecznie… Co kawałeczek mijamy budynki uzdrowiska. W końcu zawracamy, przejeżdżając przez tory zauważamy nieduży parking tuż przy stacji kolejowej – Wyżnie Hagi. Bez wahania skręcamy i zostawiamy nasz samochód. Syn był zachwycony, ponieważ mógł podziwiać przejazd kolejowy, ale największą radość sprawił Mu pociąg, który nadjechał niespodziewanie na stację. Miejscówka idealna, do tego tu ma miejsce początek naszego szlaku. Parking w tym miejscu jest darmowy i zupełnie pusty. Znajdujemy się na wysokości 1125 m n.p.m.

Zakładamy plecaki i rozpoczynamy wędrówkę. Mijamy mały bar znajdujący się tuż obok budynku stacji i wchodzimy na zadrzewioną dróżkę prowadzącą w sąsiedztwie torów.Szybko jednak wychodzimy na drogę asfaltową, która jest zamknięta dla ruchu samochodowego. Korzystać z niej mogą jedyni mieszkańcy dojeżdżający do swoich gospodarstw. Przechodzimy ponownie przez tory kolejowe. Mijamy kilka domów. Po około 500 metrach asfaltowi mówimy DO WIDZENIA.

Naszym oczom ukazuje się tablica informująca nas, że szlak jest zamknięty dla turystów w czasie zalegania śniegu (w okresie od 1 listopada, aż do 14 czerwca). Niestety większość szlaków na Słowacji w Tatrach Zachodnich oraz Wysokich jest zamknięta w tym okresie. Idziemy bardzo przyjemną, szeroką drogą która jest kamienista. Pogoda jest wspaniała… Jak na październik – wymarzona.

Ten odcinek mierzy około kilometr. 1.50 km szlak odbija w lewo. Wchodzimy dla odmiany na wąską, kamienistą dróżkę.

Widoki rozciągające się w koło są takie przyjemne, jesienne. Przyroda zadziwia barwami. Głodni siadamy na skalnych schodkach i decydujemy się na zjedzenie drugiego śniadania. 

Po chwili dochodzimy do wiaty ze stolikiem i ławeczkami. Gdybyśmy wiedzieli to wcześniej… 😉 Wchodzimy na leśną drogę. Mijamy malutki, drewniany domeczek, z którego wylatuje zimna, górska woda. Nasz Syn raźnym krokiem biegnie w jego stronę i moczy rączki.

Za domeczkiem szlak żółty odbija w prawo. Podłoże robi się coraz bardziej wymagające. Pod stopami mamy kamienie i korzenie. Póki co nie spotkaliśmy żadnego turysty. Na szlaku panuje niesamowita cisza. Słychać tylko śpiew ptaków i… naszego synka, któremu buzia się nie zamyka 😉Dochodzimy do polany, na której widać skutki huraganu, który przeszedł w 2004 roku przez Dolinę Batyżowiecką. W tym miejscu nie za bardzo wiadomo, gdzie dalej prowadzi nasz szlak. Jest to 2.50 km naszej wędrówki (od samochodu) – rozwidlenie. Trzeba nieźle wyostrzyć wzrok, aby zauważyć żółte znaki. W tym miejscu skręcamy w lewo. Przed nami strome podejście mierzące 400 metrów. Masa połamanych drzew leżących na szlaku robi wrażenie… Oczami wyobraźni można zobaczyć co się tu działo podczas huraganu, mimo, że minęło już tyle lat. W oddali widzimy leśników, którzy wycinają, usuwają zalegające na drodze drzewa.

Po pokonaniu podejścia naszym oczom ukazuje się żółta tablica POZOR! informująca nas, że wchodzimy na teren ścisłej ochrony przyrody i kontynuujemy wędrówkę na własne ryzyko.W miejscu tym występuje niebezpieczeństwo przewracania się drzew. Oczywiście bez wahania wchodzimy w gęsty las, w którym pod stopami mamy korzenie.

Po chwili zamieniające się w skalne schody. Dość strome i śliskie schody…Po pokonaniu schodów wychodzimy ze strefy ścisłej ochrony na bardzo przyjemną, wąską drogę.Pod naszymi stopami nie brakuje kamieni. 3:40 km wychodzimy z lasu. Przed nami tunel z kosodrzewiny. W koło nadal cisza i spokój, przeplatana ze śpiewem ptaków.

Droga cały czas pnie się w górę. Praktycznie do samego stawu. Po drodze mijamy potoczek górski nad którym nasza pociecha urządza sobie przerwę i wykorzystuje czas, oczywiście na zabawę zamiast na regenerowanie sił. Rzucanie kamieni do potoczku jak zawsze jest fascynujące.Cały czas idziemy otoczeni kosodrzewiną. Nie brakuje trudnych odcinków, na których trzeba się nieźle nagimnastykować. Nogi podnosimy praktycznie do brody, aby wdrapać się na skałę zalegająca na szlaku. To niezła szkoła dla naszego synka, który dzielnie pokonuje przeszkody. 

Wdrapujemy się coraz wyżej, otoczeni coraz to piękniejszymi widokami. Soczysta zieleń kosodrzewiny miesza się z połyskującymi w oddali kolorowymi drzewami. 

Oczywiście nie mogłam się oprzeć i musiałam sfotografować jesienne listki. Tak jak już kiedyś pisałam, nie byłabym sobą, gdybym nie złapała w swój obiektyw otaczającej nas przyrody. 

Droga cały czas pnie się w górę. Obracając się widzimy jak konkretną wysokość zdążyliśmy dotychczas osiągnąć. To jest wyjątkowy odcinek naszej trasy, który bez wątpienia utkwi w naszej pamięci. Na szlaku cały czas towarzyszą nam kamienie i skały. 

Czasem wyprzedzę moich chłopaków i czekając na nich staję na skale, zamykam oczy i oddycham pełną piersią. Szczęście jakie mi towarzyszy w tym momencie jest nie do opisania… Z każdym krokiem czuje się tą niesamowitą przestrzeń coraz bardziej. W oddali połyskują zalane jesienną barwą drzewa. Przed nami dalsza droga wiodąca wśród kosodrzewiny.

W oddali widzimy już Gerlach, który nawet z daleka zadziwia swoją dostojnością. Przed nami ostatni odcinek do pokonania, kamienisty… bardzo kamienisty…

Dolina Batyżowiecka słynie również z wodospadów. Obok głośnego szumu wodospadów nie da się przejść obojętnie. Od razu ściągają naszą uwagę, nie da się ich nie zauważyć. 

Niebo było niebieściutkie… gościły na nim białe obłoczki. Warunki idealne. Szybko jednak przekonamy się jak diametralnie zmieniają się warunki w górach. Kilka pamiątkowych zdjęć i ruszamy dalej. Stawu jeszcze nie widać, ale mamy świadomość, że jest już na wyciągnięcie ręki.

Rozstaj szlaków przy Batyżowieckim Stawie

Docieramy do Rozstaju szlaków przy Batyżowieckim Stawie (1884 m n.p.m.) Z tablicy dowiadujemy się, że do Batyżowieckiego Stawu dzieli nas 5 minut drogi. Natomiast osoby kontynuujące swoją wyprawę nad Popradzki Staw osiągną go za ponad dwie godziny (2:15h). 

Kontynuujemy wędrówkę skalnym chodnikiem. Humorki wszystkim dopisują.

Batyżowiecki Staw (Batizovské pleso)

5:70 km, 3 godziny wędrówki za nami i docieramy pod sam staw Batyżowiecki usytuowany na wysokości 1884 m n.p.m. w samym centrum Doliny Batyżowieckiej. W oczy rzuca się zapierająca dech w piersiach ściana najwyższego w Tatrach – Gerlacha mierzącego 2655 m, Kończystej 2535 m oraz na Batyżowiecki Szczyt 2456 m. Widok robi wrażenie… 

Przy stawie napotykamy pojedynczych turystów, którzy szybko opuszczają teren stawu i kontynuują swoją wędrówkę. Tym sposobem mieliśmy staw tylko dla siebie przed ponad godzinę… Bezcenne… Obiadek smakował w tym miejscu naprawdę wyjątkowo… To samo tyczy się podwieczorku 😉

Nie mówiąc o kawie… jej smak był tego dnia jeszcze bardziej intensywny…  Chciałoby się, aby ta chwila trwała i trwała… 

Nie obyło się bez zabawy. Chłopaki usiłowali złowić rybę patykiem – bezskutecznie 😉 Z czasem zerwał się wiatr. Oczywiście zależało mi na zdjęciach stawu z lusterkiem. Cierpliwość popłaca. Były momenty, kiedy Gerlach pięknie odbijał się w tafli wody. Tak jak pisałam zmiana pogody nastąpiła zadziwiająco szybko. Zjedliśmy i błękit na niebie był już tylko wspomnieniem. Warto wspinać się na skały zalegające wokół stawu. Można zrobić ciekawe ujęcia 😉 Zamieściłam sporo zdjęć stawu, ale naprawdę nie mogłam się zdecydować, które zdjęcia użyć na blogu 🙂

I jeszcze pamiątkowa, rodzinna fotka 😉

A tu okolice Batyżowieckiego Stawu i próba złapania wysokości 2000 m n.p.m. – bezskuteczna 😉 

Niestety wszystko co dobre, szybko się kończy. Chciałoby się jeszcze posiedzieć nad stawem. Czas jednak płynną tu nieubłaganie. Szlak nie należy do prostych, także musieliśmy zdążyć zejść do Wyżnie Hagi przed zmrokiem. 

Jeżeli chodzi o powrót… Po raz kolejny z przekonaniem napiszę, że wolę iść w górę, niż schodzić w dół. Tatrzańskie szlaki są pod tym względem bardzo wymagające… Cały czas słyszy się o urazach stóp, kolan czy też stawów skokowych u turystów. Gdyby nie kijki, których używałam przy schodzeniu sama bym doświadczyła urazu. Można być bardzo ostrożnym, mimo to, nie jesteś w stanie wszystkiego przewidzieć. Kamienie, skały są śliskie, czasem luźno leżą i można na nich podjechać, a jak do tego dochodzi jeszcze stromizna nawet najbardziej przemyślany krok może okazać się pechowy.

W drodze powrotnej dopadł nas lekki deszczyk. Niebo prezentowało się naprawdę pięknie.Po raz kolejny dotarliśmy do samochodu na styk… Jesienne dni są coraz krótsze, a chodzenie po tatrzańskich szlakach po ciemku nie należy do łatwych – nawet z latarkami. Warto mieć w zapasie troszkę czasu. Pamiętajcie o tym planując swoje wycieczki 😉  Oczywiście bez dziecka szlak pokonasz szybciej. To jeszcze nie koniec naszej podróży. Do pokonania mamy jeszcze 180 km samochodem. Po drodze oczywiście zatrzymujemy się na zasłużony ciepły posiłek. Przed 23:00 jesteśmy w domu.

Podsumowanie

Przepiękne miejsce, warte odwiedzenia – jak najbardziej POLECAM! POLECAM! Wyczytałam gdzieś, że szlak nie sprawia żadnych trudności. Według mnie nie należy do najprostszych. Trzeba się wysilić, aby dotrzeć do celu. Oczywiście na szlaku nie spotkasz żadnych ubezpieczeń. Z Batyżowieckiego Stawu można kontynuować swoją wycieczkę nad Wielicki Staw ze Śląskim Domem lub Popradzki Staw, nad którym nie mieliśmy okazji jeszcze być. My niestety ze względu na wolniejsze tempo z czterolatkiem musieliśmy zakończyć naszą przygodę i wracać na parking. Mimo wszystko wróciliśmy szczęśliwi i zadowoleni do samochodu. Bogatsi o piękne wspomnienia, których nam już nikt nie odbierze…

UWAGA

Szlak żółty prowadzący z Wyżni Hagi na Batyżowiecki Staw jest zamknięty od 1 listopada do 14 czerwca.

Na Słowackich szlakach, aby uzyskać bezpłatną pomoc ratowników górskich (Horská záchranná služba) należy wykupić ubezpieczenie. W przeciwnym razie będziesz musiał pokryć koszty za interwencję ratowników z własnej kieszeni.

Z przyjemnością dodam, że jest to kolejny szczyt zdobyty w akcji: Zdobywamy Szczyty dla Hospicjum

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

[+] Zaazu Emoticons